poniedziałek, 31 lipca 2017

Fotomagnesy faceprint! #fajnerzeczy




My tu tiru riru, kwiatki, płatki i stokrotki, a już koniec lipca!
Dzisiaj wróciłam z chorwackich wojaży a już JUTRO ruszam dalej w drogę. Tym razem kierunek Mazury. Ale co i dlaczego dokładniej to oczywiście za niedługo zostanie opisane. W każdym bądź razie, nie obijam się!

Piszę do Was ten post pomiędzy praniem jasnym a ciemnym oraz między pakowaniem potrzebnych klamotów. Dobrze by było, żebym nie zapomniała za dużo rzeczy. I żeby mi wszystkie ciuchy zdążyły wyschnąć!

Tak w ogóle, to kruca banda ale ze mnie wzorowa blogerka się zrobiła! Nie ma co. Może zamiast "trying to be a photographer" na instagramie powinno zawisnąć "Trying to be a blogger"?
7 wpisów w ciągu miesiąca? DA SIĘ! Ale wiem, że można więcej!
I nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, że można pisać częściej i wcale nie brakuje potem materiału do wpisu. Wszystkie ciekawe wydarzenia fotograficzne czy też może powoli te bardziej fałdziowe opisuję na bieżąco i potem nie pluję sobie w brodę, że dodaje wakacyjny post w styczniu lub sesje z grudnia publikuję w czerwcu. BRAWO FAŁDZIA, PUNKT DLA CIEBIE. 

A tak w ogóle, to patrzcie co mam!
Jakie słodzinki do mnie dotarły tuż przed wyjazdem. No ja się zakochałam.

Tak sobie myślę, żeby wprowadzić tutaj serię postów, które dotyczą rzeczy jakich używam, jakie mnie zaskakują , ale takie, które u Was mogłyby zainteresować. Coś jakby seria #fajnerzeczy?

Dlatego dzisiaj rozpoczynam i głównymi bohaterami będą.. Magnesy na lodówkę!

Zawsze mi się marzyła lodówka pełna magnesów z naszych rodzinnych podróży. Ale zanim przekonałam do pomysłu zapełnienia drzwi lodówki mamę, to zdążyliśmy już ominąć kawał świata, bez ani jednego magnesu. Co oczywiście bardzo mnie bolało jak już zaczęliśmy jednak zapełniać lodówkę bo jakimś cudem udało się mamę przekabacić.

Na szczęście aparat jednak zawsze miałam przy sobie i zdjęcia z podróży liczę w tysiącach. Postanowiłam stworzyć własne magnesy z odwiedzonych miejsc, z których nie udało przywieźć się kupionego lokalnie magnesu. I tak trafiłam na stronę https://faceprint.pl/kategoria/magnesy/




12 kwadratowych magnesików dostało się do kolekcji lodówkowej. Kuchnia tak jakoś odżyła i zrobiło się weselej, a przechodząc obok ciężko się nie zatrzymać i nie uśmiechnąć.

 

Kwadraciki są malutkie, mają rozmiar 6x6cm. Wybrałam kształt normalnego kwadratu ale do wyboru są również większe lub z zaokrąglonymi bokami. Generalnie stronka wpada w mój gust i oferuje fajne fotogadżety. Można przemyśleć w razie potrzeby taką formę prezentu dla kogoś.

 

To moje pierwsze zamówienie i zaledwie 12 sztuk magnesów ale tak fajnie wpasowały się w wystrój, że chyba pozostała część lodówki zostanie również nimi zapełniona w najbliższej przyszłości. Niech tylko odkopię wszystkie ciekawe atrakcje!

 

Co do jeszcze samej jakości wydruku. Kolory są świetnie odwzorowane i żadne ze zdjęć nie straciło swojej jakości. Sam magnes jest bardzo cieniutki, nic się nie odkleja i nie rozwarstwia. Śmiało mogę polecić :)

#fajnerzeczy #fajnemagnesy #magnesynalodowke

 

piątek, 28 lipca 2017

Palmiarnia.







Mod: Matylda Kubit, Patrycja Jakubik


Fot: Katarzyna Przybyła - Vdzia fotografie














Niejako kontynuacją posta z Łodzi >KLIK< będzie dzisiejszy fotograficzny wpis ze spontanicznej sesji z łódzkiej palmiarni.
Moje modelki pewnie stali czytelnicy dobrze kojarzą, a tych którzy przybyli niedawno informuję, że to moje dwie psiapsi i razem tworzymy team #patimatikati. Sesji mamy za sobą już kilka, nie mówiąc nawet i półaktach ?? >KLIK<

Nie są to zdjęcia planowane, ani specjalnie pozowane i przemyślane. To luźne naturalne ujęcia na jakie ostatnimi czasy mam największą chrapkę.
Wyjątkowo się dzisiaj nie rozpisuję nawet o głupotach, bo spaliłam się na słońcu i mi niewygodnie :D Poza tym korzystam z ostatnich chwil na Chorwacji!
Pozdrawiam Was!





















































poniedziałek, 24 lipca 2017

Biokovo - sv. Jure

 


Ha! No i jestem! W Chorwacji. Już trzeci raz!
Ale jak już się raz skosztuje chorwackich dobrodziejstw, to nie łatwo sobie darować kolejne odwiedziny.
W kategorii Podróże (po prawej stronie bloga) bez problemu odnajdziecie poprzednie wycieczki, tym bardziej, że są one podsumowane w jednym wpisie. Jeden wyjazd - jeden wpis. Tym razem postanowiłam, rozdzielić zwiedzane atrakcje i dodać dla Was kilka postów, żeby zawrzeć więcej zdjęć i więcej opisów. Bo jest o czym czytać!

To było tak tytułem wstępu, a teraz zapraszam na pierwszy przystanek, czyli szczyt góry sv. Jure.
Cała moja rodzinka nigdy nie należała do wybitnych piechurów górskich i otwarcie się do tego przyznaję. Atrakcja przyciągnęła naszą uwagę ze względu na to, że można na nią.. wyjechać samochodem!
Coś dla leniwych można powiedzieć, choć jak za chwilę się okaże, chwilami wolałabym jednak iść na nogach. Jak ta koza, czy to kozioł, czy co to za urocze zwierzę.


Biokovo to największy i najwyższy masyw górski w Dalmacji. Góra świętego Jerzego - czyli bohaterka dzisiejszego wpisu to drugi co do wysokości szczyt Chorwacji! Ten mały kamyczek liczy sobie 1762 m npm.
Na szczyt prowadzi asfaltowa, niezbyt szeroka i łatwa w obsłudze droga. Droga ta ma 23 km długości i prowadzi przez Park Narodowy Biokovo.
Droga otwarta jest w sezonie od godziny 7 rano. My zaplanowaliśmy zwiedzanie na dzień przyjazdu, ponieważ to spory kawał drogi od miejsca zakwaterowania. Byliśmy pod bramą jeszcze przed siódmą, ale bez problemu zostaliśmy wpuszczeni.
Z wjazdem na górę wiąże się opłata - 50 kun od OSOBY.

Po drodze można zatrzymać się na kilku punktach widokowych, zjeść coś  w restauracji na wysokości ponad 800 m npm, czy też zrobić siusiu w kulturalnej toalecie. Jeszcze wyżej. I wśród koni, kózek i baranków!

 

 

 

 

 

Cała trasa to jak się domyślacie jedna wielka serpentyna.
Na takich rodzajach tras często odzywa się moja choroba lokomocyjna, ale tutaj się nie odezwała.. Bo chyba stres ją przezwyciężył.
Rumuńska Trasa Transfogarska, to był przy tym pikuś! Malutki pikolo pikuś!
Droga miała tak ostre zakręty, była tak wąska, że aby wyminąć się z samochodem nadjeżdżającym z przeciwka, trzeba było niejednokrotnie cofać się z górki wśród skalistych zakrętów nawet kilkaset metrów, by znaleźć jakąś prowizoryczną zatoczkę do mijanki. Ścisk żołądka nie ustępował.
Ostatnie dwa kilometry to już siedzenie na szpilkach i modlitwy o brak nadjeżdżających samochodów z naprzeciwka.

 

 

UF. DOJECHALIŚMY!


Na górze trochę zimno mimo rażącego w oczy słońca. Widoki.. BAJECZNE. Morze, góry, morze...
Moment warty całego stresu i męki w samochodzie. Chociaż tata za kierownicą ponoć miał największą frajdę. Załóżmy, że mu wierzę!

Ten kikut na środku to wieża telewizyjna. Zastanawiałam się jak oni to tam wydarli i postawili, ale czym bardziej się zastanawiałam tym bardziej niedobrze mi się robiło i przestawałam się zastanawiać :D

 

 

Na szczycie zobaczymy również kapliczkę św. Jerzego. Odkąd postawiono na szczycie wierzę, kapliczka została przeniesiona ciut niżej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Widoki z góry zabierają mowę. Na górze nie słychać dosłownie nic, tylko błoga cisza i morze. Z jednej strony morze gór, z drugiej Adriatyk. Widać wyspy, wybrzeże. Ponoć przy odrobinie szczęścia i dobrej widoczności można nawet ujrzeć włoskie szczyty!
My żałowaliśmy jedynie jednego.
Że nie odwiedziliśmy Jerzego 4 lata wcześniej, kiedy mieszkaliśmy dosłownie u stóp tej góry.